Stańczyk w malarstwie: od Matejki do współczesnej interpretacji

Spis treści
Na obrazie Jana Matejki z 1862 roku dwór tańczy w sąsiedniej sali, a błazen siedzi sam, w czerwonym stroju, z twarzą, której nikt się po błaźnie nie spodziewa. Właśnie dostał wiadomość o utracie Smoleńska. Bawiący się nie wiedzą jeszcze albo nie chcą wiedzieć.
To jedno płótno wystarczyło, żeby Stańczyk przestał być postacią historyczną i stał się figurą — kimś, przez kogo polska kultura od stu sześćdziesięciu lat mówi o rzeczach, o których trudno mówić wprost.
Kim był naprawdę
Stanisław Gąska, zwany Stańczykiem, żył na przełomie XV i XVI wieku i służył trzem królom: Aleksandrowi Jagiellończykowi, Zygmuntowi Staremu i Zygmuntowi Augustowi. Był błaznem nadwornym — stanowiskiem, które w ówczesnej Europie oznaczało coś zupełnie innego niż dzisiejsze skojarzenia z rozrywką.
Błazen miał przywilej, którego nie miał nikt inny na dworze: mógł powiedzieć królowi prawdę w twarz i nie ponieść konsekwencji. Formalnie dlatego, że jego słowa nie były traktowane poważnie. W praktyce dlatego, że władca potrzebował choć jednego głosu, który nie kłamie z lęku.
Zachowane anegdoty pokazują człowieka bystrego i ostrego w sądach. Kronikarze — Łukasz Górnicki, Marcin Kromer, Jan Kochanowski — pisali o nim jako o kimś, kto rozumiał politykę lepiej niż połowa senatu.
Co zrobił z nim Matejko
Obraz „Stańczyk w czasie balu na dworze królowej Bony wobec straconego Smoleńska” powstał, gdy Matejko miał dwadzieścia cztery lata. Namalował go w roku, w którym Polski nie było na mapie od siedemdziesięciu lat.
Kompozycja robi jedną rzecz i robi ją bezbłędnie. Po prawej, w głębi, przez otwarte drzwi widać oświetloną salę balową — ruch, kolory, tańczące pary. Po lewej, na pierwszym planie, siedzi nieruchoma postać w czerwieni. Na stole obok leży list.
Matejko nadał błaznowi własną twarz. To nie jest ozdobnik: malarz utożsamił się z figurą kogoś, kto widzi katastrofę, gdy inni się bawią, i kogo nikt nie słucha, bo przecież to tylko błazen.
Od tego momentu Stańczyk stał się w Polsce czymś w rodzaju szyfru. Odwoływali się do niego politycy, publicyści, malarze. Powstało nawet stronnictwo konserwatystów krakowskich nazywane stańczykami — od tytułu ich broszury politycznej.
Dlaczego wracam do tej postaci
Przyjechałem do Polski w 1990 roku. Stańczyk pojawił się w moich pracach wkrótce potem i został na dobre — to jeden z pięciu cykli, nad którymi pracuję do dziś.
Powód nie jest historyczny. Interesuje mnie sam mechanizm: sytuacja, w której prawdę wolno powiedzieć tylko temu, kogo z góry postanowiono nie traktować serio. To nie jest zamknięty rozdział szesnastego wieku. To układ, który odtwarza się wszędzie, gdzie władza woli słyszeć potwierdzenie niż informację.
W moim cyklu Stańczyk nie ma jednej epoki. Pojawia się w różnych strojach i różnych wnętrzach, czasem w otoczeniu, którego historyczny błazen nie mógłby znać. Stały pozostaje wyraz twarzy — człowieka, który wie więcej niż obecni i milczy, bo mówienie i tak nic nie zmieni.
Czym różni się ta interpretacja od Matejki
Matejko namalował moment. Konkretną noc, konkretną wiadomość, konkretną klęskę.
Mnie interesuje stan, nie zdarzenie. Dlatego w moich pracach nie ma listu na stole ani drzwi do sali balowej. Nie ma daty, której obraz by dotyczył.
Jest natomiast to, czego u Matejki nie ma: Stańczyk bywa u mnie w towarzystwie. Siedzi przy stole z innymi, gra w szachy, patrzy na kogoś, kto nie patrzy na niego. Osamotnienie u Matejki jest fizyczne — postać jest sama w pokoju. U mnie jest to osamotnienie wśród ludzi, co bywa cięższe.
Kolorystycznie też inaczej. U Matejki czerwień stroju to jedyny mocny akcent w ciemnej przestrzeni. U mnie kolor rozłożony jest szerzej — błazen nie odcina się od otoczenia, tylko w nim tkwi.
Stańczyk poza Polską
Dla polskiego widza postać nie wymaga przedstawiania. Poza Polską trzeba tłumaczyć — i okazuje się, że tłumaczy się łatwo.
Figura błazna, który mówi prawdę, istnieje w kulturze europejskiej niezależnie od polskiego kontekstu. Błazen w „Królu Learze” robi dokładnie to samo i płaci tę samą cenę. Niemieccy i angielscy widzowie rozpoznają mechanizm od razu, choć nazwiska Stańczyk nigdy nie słyszeli.
To rzadki przypadek, gdy lokalna postać historyczna okazuje się przekładalna bez strat. Zwykle bywa odwrotnie.
Cykl dzisiaj
Prace ze Stańczykiem powstają nieprzerwanie od ponad trzech dekad. Nie mam planu ani zamierzonej liczby — postać wraca, gdy znajduje się dla niej nowa sytuacja.
Część płócien trafiła do kolekcji prywatnych, część pozostaje w pracowni. Cykl przecina się z pozostałymi: motywy z „Mistrza i Małgorzaty”, „Don Kichota” i „Krytyki władzy” mówią w gruncie rzeczy o tym samym — o człowieku wobec siły, absurdu i nieuchronności.
Częste pytania
Czy prace z cyklu Stańczyk są dostępne do zakupu?
Część płócien pozostaje w pracowni i jest dostępna. Prace, które trafiły do kolekcji prywatnych, mają w katalogu odpowiedni status. Ceny i wymiary podane są przy każdej pracy.
Czy to ilustracje do obrazu Matejki?
Nie. Matejko namalował konkretny moment historyczny; mnie interesuje sama figura i mechanizm, który za nią stoi. Dlatego w moich pracach nie ma ani listu o Smoleńsku, ani szesnastowiecznego wnętrza.
Gdzie można zobaczyć oryginał Matejki?
W Muzeum Narodowym w Warszawie. Obraz z 1862 roku jest jednym z najczęściej reprodukowanych dzieł w polskiej historii sztuki.
Czy cykl jest zamknięty?
Nie. Nowe prace powstają, gdy znajduje się dla postaci nowa sytuacja. Przez trzydzieści lat takich sytuacji nie zabrakło.
Jeśli interesuje Cię konkretna praca z cyklu albo chcesz zobaczyć płótna w pracowni w Warszawie — napisz. Odpowiem w ciągu dnia.

